OPOWIADANIA

Tutaj tylko pisanie p.Marka Jastrzebia.Uwazam ,ze to pisze zasluguje na oddzielny kacik .Szkoda by bylo aby jakis tekst umknal przeoczony .

Postby Marek Jastrząb » Thu Jan 07, 2010 2:38 pm

OSTATNIA PODRÓŻ [ fragment opowiadania]

Teraz o ulotności. Ludzie odchodzą z życia. Czas pędzi i razem z człowiekiem porywa wspomnienia. To jakby razem z nim ubywał kawałek nas; jestem zafascynowany Proustem i dlatego powiem za Nim, że wszystkie dzisiejsze wrażenia biorą się z wczorajszych. Nawet tych niewidocznych, dziejących się poza naszymi realnymi odczuciami. I jak On zauważam, że są z nami nadal i jesteśmy w stanie ożywić je w naszej pamięci. Właśnie tam istnieją i mówiąc o nich ocalamy jednocześnie utraconą cząstkę siebie.

Z drugiej strony: pamięć należy do ludzi, a człowiek jest niedoskonały; natura płata mu figielki. Jako że argumentując cokolwiek, trzeba posługiwać się własnym przykładem, rzecz o percepcyjnych figielkach zacznę od tego, ze wiele lat temu oglądałem film. Bardzo był wzruszający i płakałem na nim jak bóbr. Nie mogłem się uspokoić, itd. Ale czas pogmerał w „niezapomnianych” wrażeniach, zweryfikował je i „na dzień dzisiejszy” ni cholery nie wiem, co spowodowało ten płacz, jaki to był film i jakie problemy targały jego bohaterami.

Tego rodzaju historyjki przydarzają mi się często. Rok, może dwa reaguję zgodnie z brakiem sklerozy i dźwięk, zapach, jakieś słowo, pobudzają uśpioną wyobraźnię. Po tym okresie jednak zaczyna się moja wspomnieniowa ślepota i wszystko się zaciera. Ojciec, którego już nie ma, bo czas, biologia, bo naturalna kolej rzeczy, takie tam frazesy, jakie wypowiadamy zanim odszedł, mieszkał w świecie książek. To moi przyjaciele, mawiał. Innych nie chciał.

Patrzył na półki i całymi dniami siedział obok nich. Co wyglądało tak, jakby pilnował, by nie zmieniały należnego miejsca. Od czasu do czasu wstawał, otwierał jedną z książek i czytał jej spis treści.

Początkowo nie rozumiałem, dlaczego ogranicza się do samych tytułów rozdziałów, ale gdy Go zabrakło, zacząłem robić podobnie. I teraz, kiedy jestem jeszcze starszy, a za niedługo zrównam się z nim latami i będziemy jak rówieśnicy, wiem, że skoro czytało się po wiele razy jakąś książkę, nie trzeba wracać do niej, by żyła wciąż: wystarczy przypomnieć sobie tytuły, początki, słowa kluczowe, nazwiska bohaterów, by przed oczami pojawiła się CAŁA książka. To kwestia wyobraźni.

Lecz wiem o tym w sposób dziwny. Bo książek, fabuł, bohaterów, tekstów czytanych niedawno i przed laty, jest we mnie dużo i jak przechodzę obok półek i patrzę na ich grzbiety, SŁYSZĘ je, słyszę rozmowy bohaterów, trzask gałęzi, widzę ich twarze, widzę, jak siedzą na polanie, w księżycowym blasku i mam wtedy pewność, że nie jestem sam, że mam dokąd wracać, że mam przyjaciół, że warto żyć.
Last edited by Marek Jastrząb on Thu Jan 07, 2010 2:55 pm, edited 2 times in total.
Marek Jastrząb
 
Posts: 430
Joined: Thu Apr 10, 2008 2:44 pm

Postby Marek Jastrząb » Tue Jan 26, 2010 7:20 pm

Z PAMIĘTNIKA SKLEROTYKA


Było to tak dawno temu, że w Listopadzie był Listopad, a Dzień Próżniaka obchodziło się codziennie, mówiłem, gdy kto pytał, od kiedy go znam.

Lecz gdy kto indagował mnie, dlaczego akurat z nim zadaję się najdłużej, do głowy przychodził mi dżem; nie jakieś pożywne i tłuste wióry z supermarketu, ale zwykłe, truskawkowe smarowidło dopasowane do zwyczajnego chleba; dżem stojący nieustannie w tym samym miejscu, na regale, między Encyklopedią Guseł, a Podręczną Historią Krętactwa, słoik z truskawkową pulpą czekający na nasz trywialny głód.

b

W tych latach nic nie było, jak trzeba; nie pasjonowały nas doroślackie bzdety, te egzystencjalne kociokwiki do poruszania w oziębły czas nudów na pudy, nie fascynował nas potargany świat odwiecznych pomyłek i tradycyjnych napraw, cyklicznych, napadowych powrotów do nagle przypomnianych sobie korzeni, ruchomych faktów, pojęć prostych i rzeczjasnych zarazem.

Nasz świat był przewidywalny i niezmienny, ograniczony przestrzenią pokoju, w którym byliśmy tylko przed sobą, sam na sam ze swoimi problemami. Nasz poprzedni świat był miejscem, w którym robiliśmy tylko to, na co mieliśmy ochotę, a nie to, czego się po nas spodziewano.

c

Przychodził do mnie co środę, bo co środę moi staruszkowie bawili u jego, bo nasi protoplasci pracowali w tym samym urzędowisku, poruszali się więc w obrębie podobnych zmartwień i ubolewań okraszonych kostką lodu z kropelką czegoś mocniejszego.

A kochane mamy, przy ludziach zwiewne i rozmarzone uosobienia finezji, przyjaciółki na bij zabij, w domu zaś - ckliwe zrzędy, Erynie przeganiające nas wykrochmaloną ścierą, skrupulatne i pamiętliwe, siedząc biodro w biodro obok swoich anemicznych gladiatorów, słuchały ich zakrapianych oracji z wytężonym namaszczeniem.

Ale że słuchały bez możliwości wejścia im w słowo, wepchnięcia się z pociechą w ich rozmamłane biadolenie, że konwersacja naszych ojców, z każdym no to chlup, przestawała być merytorycznym dialogiem, a przekształcała się w nieskoordynowany klekot, gdy tylko nadarzał się pretekst do zostawienia ich, wybywały do kuchni, przenosiły się do kuchni, by tam, w swojackim otoczeniu lodówki, wymieniać się najnowszymi przepisami na duszoną małpę w sosie koperkowym.

d

I podczas gdy nasi ojcowie zajęci byli kolejną zabudową świata, a świat krążył między kazaniem o sprawiedliwości, a potrawką z niedojrzałej papugi, my, wolni od ich trosk, słuchaliśmy płyt i patrzyliśmy na znikający dżem wiedząc, że kiedy starzy wrócą do wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej, zastaną przesłodko śpiące na wznak, dwie rozkoszne dzieciny padłe na tapczan jak zbolałe sznyty.
Marek Jastrząb
 
Posts: 430
Joined: Thu Apr 10, 2008 2:44 pm

Re: OPOWIADANIA

Postby Marek Jastrząb » Sat Jan 30, 2010 1:35 pm

MENEL

Mówiliśmy na niego ten Wiktor, kochany Przecinek, ta wredna Dynia. Przecinek, bo na widokówkach pisanych do nas, było tych przestankowych zasieków więcej, aniżeli sensu pomiędzy nimi. Dynia, bo pękaty. Niekiedy był Garbusem, czym popadnie, zależnie od okoliczności. Mówiliśmy do niego w akompaniamencie odpowiednich akcentów, zająknięć, przydechów i spojrzeń, z tą choreografią wzmocnień, z tymi nic nie mówiącymi omówieniami, które ilustrowały nie tyle jego, co nas.

Mieszkał nie wiadomo gdzie, na waleta, przygodnie, w piwnicach z wybitą szybą, na klatkach schodowych. Może kogoś miał, rodzinę, krewnych z kłopotami, watahę przypadkowych znajomych, którym zawsze się jakoś kulało i nigdy nie narzekali.

Nie byłem na bieżąco w tych jego parantelach; zresztą nie tylko ja, inni również blado się w nich orientowali, bo faktem jest, że gdy zachodził do naszej konfraterni, do naszej meliny pod Wesołym Mamlaczem, z grubsza biorąc obchodził nas niewiele, ot, starczało nam energii na jakieś zdawkowe cześć rzucone w przelocie, a potem na szybki powrót do stygnącego sznapsa, do przerwanej rozmowy.

Kiedyś był tu mile widziany, był naszą maskotką, prawie ulubieńcem, a teraz, gdy zjawiał się wśród nas, jak zwykle nie w porę, z gwałtownym entuzjazmem poklepywaliśmy go po skoliozie, zachęcaliśmy do snucia zwierzeń, które, udawaliśmy, że nas interesują.

W atmosferze pełnego niezrozumienia, w otoczeniu naszej “aprobaty” i serwowanych drinków przekonywaliśmy go, że ciągle jest dla nas ważny, niezbędny i niepowtarzalny, a on to przełykał, brał za dobrą monetę, rozklejał się, cieszył się jak dziecko, któremu obiecano księżyc na gumce.

Uśpiony naszym bazyliszkowym podziwem, starał się nie dostrzegać, że ukradkiem, ponad nim i jego bezradnością, przesyłamy sobie migoczące znaki, że z utęsknieniem wypatrujemy chwili, kiedy nareszcie przestanie truć i zniknie.

W miarę łagodny i w miarę nierozgarnięty, ze stoickim spokojem znosił głupotę mądrzejszych, więc lubiliśmy go. Ale niekiedy, będąc górą w jakimś sporze, umiał to wykorzystać, umiał mścić się za krzywdy, podnosić nastroje do rangi “wydarzeń”, które decydowały o jego zmiennym samopoczuciu.

Gdy miał zły dzień, stawał się nieustępliwy, ponad miarę spostrzegawczy. Jednak przeważnie starał się nie wiedzieć, że go lekceważymy, że nabijamy się z jego niegustownych, teatralnie ogródkowych przeżyć.

Na moment, na migawkową chwilę, zanim wróci do swoich losowych nadżerek, pod schody, na dworzec, do mniej niż samotnej rzeczywistości wagonu, stawał się tym, czym był niegdyś: człowiekiem posądzanym o zdrowy rozsądek. Jego twarz odzyskiwała poprzednie kolory, znużone oko przestawało być nieufnym, argusowym wziernikiem, zalęknionym i nieprzystępnym judaszem popatrującym na niepewny i pokątny świat. Odrodzone optymizmem, zdawało się wyrażać to, co nas w nim drażniło, peszyło, co sprawiało, że mógł czuć się od nas lepszy.

Na samym początku powszechnej euforii zjawiał się częściej pod Wesołym Mamlaczemale gdy karczma przeobraziła się w bilardowy pub o stu lampionach, gdy zyskała nazwę sprzeczną z przeznaczeniem, lecz zgodną z dochodowym duchem czasu, Wiktor wsiąkł.

Nagle przestało go być w nadmiarze, a jego wyfiokowane rozrzewnienia przestały nam dokuczać. Pojawiły się ploty, że trafił do mieściny słynącej ze złóż nostalgii oraz Domu Przewlekłej Opieki.

Gdzie jak gdzie, ale tam, pośród swoich odbić w rzece i refleksów na obcym tarasie (o którym to tarasie pisał nam tym swoim afektowanym maczkiem, tym z piekła rodem, nieczytelnym pismem, którym nas uwodził, zachęcał do odwiedzin), mógł wreszcie znaleźć to, czego bezskutecznie pragnął: wyrozumiałość.

Naciągał nas na odwiedziny, na które nie dawaliśmy się namówić, zapraszał nas do niej kilka razy w ciągu roku, a my, po bohatersku i do końca udawaliśmy przed sobą, że jego namowy nie dochodzą do nas.
„Starość we wszystko wierzy. Wiek średni we wszystko wątpi. Młodość wszystko wie.”
Oscar Wilde
Marek Jastrząb
 
Posts: 430
Joined: Thu Apr 10, 2008 2:44 pm

Re: OPOWIADANIA

Postby Jerzy Ulicki-Rek » Mon Feb 01, 2010 1:05 pm

I co ja moge do tego dodac ,chlopie , skoro powiedziales juz wszystko?
A moze nawet za duzo ?

Jerzy
Wolna Polska zaczyna sie tutaj
User avatar
Jerzy Ulicki-Rek
 
Posts: 9320
Joined: Tue Nov 06, 2007 2:10 pm

Re: OPOWIADANIA

Postby Marek Jastrząb » Wed Mar 24, 2010 1:22 am

NIEDOPOWIEDZENIA

Zachrapał tak donośnie, że razem z wyrem przeniosło mnie w sam środek innej scenerii i znalazłem się w obcym miejscu. Lecz choć nie było ono „przyjazne”, to przecież czułem się w nim tak, jakbym kiedyś w nim był; obok mnie dygotał tapczan z dziadkiem „Jakmubyło”.
Stary świntuch i łobuz za młodu, a teraz układny i zesztywniały worek na dokuczające korzonki, zaczynał charkotać, co mnie sprowadzało na ziemię i zaczynałem z innej beczki: gwizdałem. Pod ręką, na wszelki wypadek, miałem swój wierny, pamiątkowy gwizdek, poręczny w wybuchowych sytuacjach, osadzający w zarodkach czyjeś chrapiące skłonności, gong przywracający spokój. Zwykle czułem się w tej roli jak gamoń w gorsecie. Dostałem go od Anny, kobiety przybyłej do domu kilka lat temu, mającej imię znane mi skądinąd; jej podobieństwo do tamtej polegało tylko na imieniu, bo manierami, sposobem zaglądania w oczy i patrzenia, łagodnością twarzy, szczerością i bezpretensjonalnością okazywanej sympatii, mogłaby oczarować największego cynika.

Nawet na dziadku, moim sąsiedzie z domu, wywierała dobre wrażenie, a to dużo, bo niewiele co wprawiało go w milusi nastrój. Czułem się winny, że odeszła, ale tylko trochę, bo i jego też puściła kantem.

Od czasu do czasu, po burzy, gdy było nas stać na gwałtowną sympatię i mogliśmy być ze sobą blisko, tolerowałem go, a on starał się nie wspominać o Annie. Do naszego rytuału należało mówienie o Annie – ona; dla nas była już tylko sfiksowaną osobą o ledwie zarysowanej płci.

„Jakmubuło” był wesołym typkiem, ale jego wesołość nie zdawała się na ślepe, spontaniczne i głośne przypadki wyznaczane biegiem zdarzeń, przeciwnie, należała do powściągliwych, przemyślanych, dyplomatycznych. Zanim wypowiedział jakieś zdanie, którego sens mógł zostać odebrany nie tak, jak zamierzał go przedstawić, długo się nad nim zastanawiał, długo toczył z nim wewnętrzną walkę, sondował reakcje.

Nie należał do strachliwców, do ludzi manifestacyjnie obnoszących się ze swoją desperacją z byle powodu. Na co dzień chadzał niedostępnymi, szarugowymi ścieżkami i zawsze po cichutku, bezszelestnie, ukradkowo, skradająco, papuciastym krokiem, jak gdyby chciał podkreślić, że jego hałaśliwe maniery należą już do przeszłości.

Kiedy uważał to za konieczne, wychodził poza teren i spotykał się nie wiadomo z kim, na ogół z osobnikami o trefnym nastawieniu do tutejszego patrycjatu, do ludzi stąd, zwariowanych na punkcie normalności. Wymieniał z nimi zdania krótkie, oznajmujące, przeważnie trafne i na ogół logiczne, w zasadzie trzymające się kupy, a dotyczące spraw, które go akurat pochłaniały.

Więc jak zwykle, tak i teraz obudziłem go gwizdkiem, a on, nieprzytomny, siadł na prześcieradle i jak gdyby nie było między nami żadnej przepaści, żadnych osobnych lat i nagromadzonych doświadczeń, zaczynał mówić o tym, co przerwał swoim niewczesnym zapadnięciem w sen, nagle powracał do przerwanego wątku, a kiedy gasiłem światło i słuchałem wiatru, deszczu, kropel, opadającego czasu, dziadek, przedzierając się przez egzaltowany, romantyczny obrazek wiosny, wyciągał się po kociemu i cudownie seplenił o miłości. Godzinami potrafił o niej, dla niej, przez nią, a ja wyobrażałem sobie, że wschodzi księżycowy wieczór. Z zapartym tchem, pogrążony w srebrze jego przygód, w niespożytych, kolorowych i plastycznych fantazjach, widziałem, co stracił. Jakby przy tym był i jakby obchodziło mnie, co stało się później. Kiedy doszedł do tego, że jest tu, poza nią, stary i głupi, a nie tam, w jej ramionach, młody i szczęśliwy.

A dalej, nie następowało nigdy; w jego opowiadaniach zawsze było to niedokończone, mgliste, poszarpane uczucie; nurzało się w niedopowiedzeniach i ciemności, w niejasnych gestach i ruchach papierosowych ogników...
„Starość we wszystko wierzy. Wiek średni we wszystko wątpi. Młodość wszystko wie.”
Oscar Wilde
Marek Jastrząb
 
Posts: 430
Joined: Thu Apr 10, 2008 2:44 pm

Re: OPOWIADANIA

Postby Marek Jastrząb » Wed Mar 24, 2010 1:32 am

DZIADEK „JAKMUBYŁO”

... dziwne, lecz za młodu dziadkiem nie był. Wypreparowany z minionej zadziorności, promieniejący refleksyjnym zasmuceniem, depresją wynikającą z tułaczki po fartach i niefartach, żył mimochodem, kaszląco, piskliwie i siłą rozpędu. Wstrząsany przypomnieniami, których za dobrze nie pamiętał, dopominał się respektu, poważania, szacunku dla swojego wieku.

Błąkał się po doświadczeniach, sympatiach i antypatiach. Nie uznawał żadnych sprzeciwów i autorytetów. Bronił się przed własną starością. Śmieszny, nieporadny dziadek, w młodych sekwencjach swojego żywota nosił imię sławnego bohatera, który kogoś zarąbał. Teraz nosił imię przydzielonej renty.

Zmartwiony swoją atrofią, systematycznym wsiąkaniem w przeszłość przeputanych projektów, pragnący zawojować sobą tych, co się nim rozweselali, traktowali go jak prawidło na buty, wieszak do suszenia kapeluszy, kapiący parasol wyjęty z deszczowej mgiełki, strapiony brakiem perspektyw, pozostawał w przekonaniu, że jest sam.

I był. Choć niekiedy posuwał się do międlenia przytłaczających wspomnień i zdawał sobie sprawę, że gdzie by nie splunął, tam wyrastały myśli obfitujące w sążniste zapowiedzi, oprawne w slogan i kołtun, niczym obietnice bez pokrycia; jakkolwiek wiedział, że zmuszony jest do zmartwień, z których nic nie wynika, do noszenia numeru renty i spotykania się ze szlachetnością tylko w lustrze, to przecież sądził innych swoją miarą, a lęk o własne brodawki przysposobił go do wiary w cuda, zmusił do otoczenia się metafizyką, do używania ciężkich dział nadrealizmu, prawienia morałów w stylu marynat. Uważał, iż młodość jest niezależna od wieku, a młodym być, to mając pod setkę, strzelić z procy w łysą czachę luminarza...

*

... na oko ma pięćset lat, więc uchodzi za grzdyla. Jednak z niewytłumaczalnych powodów utrzymuje, że gdy nie może zasnąć i kiedy liczy, żadną miarą nie może dorachować się lat spędzonych tu.

Nie pamięta, kiedy ostatnio sobie coś przypomniał, jakąś znaną twarz, jakiś solidnie przepłakany pogrzeb. Nie wie, czy jest kawalerem, czy bezpowrotnie szczęśliwym małżonkiem.

Pocieszam go, jak umiem. Ale że nie jestem dobry w prostowaniu zapętlonych charakterów, moje trudy idą na marne. Usprawiedliwiam się pod nosem, że ciężko mi przytulić go do serca na dużą odległość.

Dodatkowym utrudnieniem jest to, że dziadzio nie słyszy na zewnątrz, tylko do środka, więc po pewnym czasie tracę cierpliwość. Mija mi wszelka rozsądna motywacja do kontynuowania współczucia, macham ręką na jego tarapaty i stwierdzam, że jest sobie winien sam, bo kto to widział, by w tak niepoważnym wieku mieć sklerozę!

Ja w jego latach bywałem w mieście, ocierałem się o przecudne widoki opery, a raz miałem farta, bo niewiele brakowało, bym nadział się na przechodzącego biletera z filharmonii. Więc gdzie dziadkowi do moich doświadczeń, wspomnień i niewypowiedzianych westchnień, gdzie mu konkurować i pchać się na afisz z tymi swoimi zwapniałymi boleściami?
„Starość we wszystko wierzy. Wiek średni we wszystko wątpi. Młodość wszystko wie.”
Oscar Wilde
Marek Jastrząb
 
Posts: 430
Joined: Thu Apr 10, 2008 2:44 pm

Re: OPOWIADANIA

Postby Marek Jastrząb » Wed Mar 24, 2010 1:37 am

CHCE SIĘ ŻYĆ...

Ostatnio czuł się paskudnie, jak obrabowany, zdradzony, istny cioł i nieokrzesaniec, którego teleportowano z buszu prosto na światła rozpędzonej ulicy. Stał na niej sam, głupi i opuszczony, zagubiony pośród mętliku skrzyżowań, zaułków i wieżowców gwarnej metropolii, ogłuszony klaksonami, z włócznią w pozłotku, w plugawej sukni, z walkmanem na Irokezie.

Osobiście nie znosił mieć się z pyszna, nie uwielbiał robić za wała na lipnej gwarancji, nie pragnął być branym za światowca z kurnej chaty, słowem, zżerała go zazdrość. Miał dosyć upokorzeń, za cholerę nie chciał być ubogim krewnym, stanowczo nie miał ochoty na odstawiania muskularnego chojraka, podczas, gdy wiedział, że jest słabeuszem, nie wzdychał do tupania, wrzeszczenia, pouczania, jak się powinien miewać.

Ale dzisiaj wstaje wypoczęty i od razu gotowy do podjęcia kieratowej pracy. Żwawym truchtem zmierza w stronę umiłowanej wygódki. Nie trapią go daremne rozważania. W życzliwej scenerii secesyjnych rur, nucąc ogryzki przebojów, doprowadza się do formy, zmywa nocne zacieki, dogala chytrą mordkę śledziennika. Nienawykły do żmudnej schludności, unicestwia natarczywy kudełek tkwiący nad miejscem przewidzianym na czoło. Konwaliowo rozpachniony, ubrany w czyściutką włosiennicę, udaje się do kuchni. Spóźnionym duszkiem chłepcze płyn o niekawowym smaku, chowa do teczki drugie śniadanko i zbiega ze swojego terrarium na przystanek.

Tam przestępuje z koła na koło i warczy na niego podstawiony pojazd. Punktualnie i bezszelestnie zawozi go pod bramę Zakładu. Przed wejściem na teren wita go cierpka oferma nosząca ksywę szef. Na murze widnieje tablica ogłoszeń. Jej słowa ostrzegają: „z powodu braku nafty, a także ze względu na turbulencję narastających problemów, tarapatów oraz pozostałych rozrywek, publiczne strzępienie ozora na temat indywidualnych trosk jest surowo wzbronione i wstrzymane do kolejnego odwołania.” Czyta, że jeżeli już jakaś awanturnicza pierdoła nie może za siebie, nie umie powstrzymać się od głośnego wyrażania myśli, ma moralne wapory i ciśnie ją, by się z nimi podzielić, to niech tam, siła wyższa, niech sobie warcholi do woli, lecz tylko i wyłącznie po godzinach wydajnej pracy, w miejscach rzadko uczęszczanych, zadaszonych i wyznaczonych przez Wysoką Komisję. Czyta, że manifestacyjne obnoszenie się z frustracją jest nawykiem szkodliwym.

Po zapoznaniu się z odezwą, stoi w umysłowym rozkroku. Nie wie, co robić, jak się zachować. Zapomina przystroić twarz we właściwy i pożądany grymas powagi. Zamiast niego wypełza mu na oblicze mimowolny, lecz ostentacyjny wyraz radości, co go zmusza do korekty wyglądu. Szef jednak udaje, że nie dostrzega nagannej miny i na stronie, dyskretnie, zachodzi w głowę.

Po okazaniu dowodu tożsamości, przechodzi przez wąską dziurę na drzwi do Zakładu. Szef prowadzi go do hali z taśmociągiem na akord, skąd wypływa strumień haftek do balowych sukien.

Gdy stwierdza, że po latach bijatyki z losem, przyjdzie mu dorobić się uznania i że być może dadzą mu pozażywać odrobiny szczęścia, roznosi go nagła i nieprzerwana duma. Wydaje mu się, że chwycił Pana Boga za nogi, a haftki są jego skarbem, znalezioną, obrzmiałą skrzynką wymoszczoną perspektywami, alternatywami, złotem i bezlikiem wspaniałości.

Czuje, jak życie puszcza do niego zajączki i przestaje go nękać podpuchami. Obiecująca myśl o skarbie poczyna stepować mu po głowie, toteż, bez ceregieli, rozpoczyna ksiuty z fantazją.

Na wstępie postanawia, że choćby się waliło i paliło, nie będzie sobie kutwić na marzeniach, nie da się wpędzić w smutek. Solennie przyrzeka sobie, że od tej pory mają w nim istnieć bez ograniczeń powodujących wzdęcia, przy otwartej kurtynie, na pełen regulator.

Zobaczył namiętne stado wystrzałowych kobiet, zwiewną płeć z biustami sprężynującymi od silikonowych możliwości. Na myśl o tym, że wkrótce będą mu leżeć u wyniosłych stóp, z obleśnych ust na transmisyjny pas pociekła mu oskoma, a po plecach zatupały ciarki. Poczuł w sobie moc, a na twarzy pojawiła mu się optymistyczna zgorzel.

Poszedł za ciosem i rzucił się w stronę upojnych wizji. Wyobraził sobie, że zamiast być tu i teraz, w świecie wybrakowanych dążeń, jest tam, gdzie nigdy nie był nadaremnie.

Rozpędzona rzewność fabrykowała przed nim dalsze profity. Spodziewał się, że niebawem ujrzy się w jeszcze ciekawszych otoczeniach, że wkrótce, z powodu skarbu nabawi się szlachetnego wyglądu i zacznie lśnić od niespotykanego szacunku.

Nieoczekiwanie, jak spod ziemi, na jego zwiędłe oblicze wyborykał się dawno nie używany i od nowa rozjarzony uśmiech człowieka, który wprawdzie wie, co to obciach i plucha w głowie, ale że nie pozwolił się zabiadolić i zredukować do mało ważnego bycia w niebycie, może teraz, ze skarbem na dłoni, zamiast z ręką pod kościołem, być zadowolonym do ostatniej kropli krwi.

Oto nareszcie, jako finansowy ozdrowieniec, łaskawca gotowy do otrzymywania rzęsistych splendorów, stanie w rzędzie ludzi, którym się powiodło, odkuje się za wszystkich, ofiaruje im wdowi grosz swojego majątku, będzie ich spróchniałą deską ratunku, zmieni im poharatany i ziewający byt w tarantelę karnawałowych podskoków.

Już widział się obryzganym pokłonami i czapkowaniami, upaćkanym nagrodami i owacjami na stojąco; już dostrzegał się na wszelkich możebnych i niemożebnych piedestałach, i patrzył, jak się na nich rozpościera, wierci i nadyma, i zobaczył, że wataha domokrążnych poetów zmawia się, by ułożyć o nim szaszłykową piosenkę do wycia przy grillu, a on odbiera należne ordery, aplauzy i dostojeństwa, już zezowatym okiem wyobraźni dostrzegał, że jest uhonorowany estymą i został wydystyngowany na człowieka millenium; już niemal tak było, gdy przyturlała się do niego nad wyraz upierdliwa myśl, że czego by nie dokonał, i tak nie doigra się uznania u Miladory, potulny więc i rozgoryczony, schodzi z obłoków.

Do cna wyczerpany swoimi wizjami, zdezorientowany i przerażony, postanawia rzucić dotychczasowe sposoby na przetrwanie, spakować manatki i wypiąć się na sterczenie przy taśmie, wyjechać w nieznane, gdzie można być sobą, a na upartego, gdzie można być nikim. Nie mówiąc za dużo, wkłada do kufra swoje zgrywne miny, łzy i cierpienia, nostalgie i rekwizyty, dekoracje i przyklejane wąsy. Zrównoważonym krokiem opuszcza rodzinny rezerwat, udaje się w stronę dworca, by najbliższym osobowym z przesiadką pojechać do diabła.
„Starość we wszystko wierzy. Wiek średni we wszystko wątpi. Młodość wszystko wie.”
Oscar Wilde
Marek Jastrząb
 
Posts: 430
Joined: Thu Apr 10, 2008 2:44 pm

Re: OPOWIADANIA

Postby Marek Jastrząb » Mon Mar 29, 2010 1:22 pm

Pierwsza miłość

Dzieciństwo miała dobre: zapowiadała się ciągle i w każdej sekundzie. Umiała śpiewać, robić porządne dygi i być w sam raz. Mówiła za pomocą obrotowych słów, które nie dotykając problemu, uwznioślały go. Sublimacja w jej ustach stawała się czymś nieuchronnym.

Twierdziła, że kto nie przyznaje jej racji, jest głupcem. W ten sposób zaczynając rozmowę, kończyła ją i biada niewiernym Tomaszom.
Z wiekiem doszła do perfekcji. Zanim delikwent opamiętał się, został wykwaterowany z rozumu, zmięty i rozmazany na ścianie. Zgromiony jej spojrzeniem, czuł się zaszczycony mogąc być fragmentem jej myśli. I na nic protesty i niemrawe żachnięcia: trzeba ją było uwielbiać na piękne oczy.

Piękna, to mało, a doskonała, to za dużo. Urocza była i na tym poprzestanę.
„Starość we wszystko wierzy. Wiek średni we wszystko wątpi. Młodość wszystko wie.”
Oscar Wilde
Marek Jastrząb
 
Posts: 430
Joined: Thu Apr 10, 2008 2:44 pm

Re: OPOWIADANIA

Postby Marek Jastrząb » Thu Apr 01, 2010 1:50 am

W dzień siada przy ławie. Na ławie sterczy korytko z jedzeniem i termos z lurą. Nieruchomy, odrętwiały, wegetuje w ciemnej, kiszkowatej rupieciarni. Ława stoi przed oknem wybałuszonym na park. Jest zagapiony w przestrzeń: widzi nie widząc. Patrzy, choć nie wie na co, w dal, w głąb, do wewnątrz; jak kret.

Patrzy i czeka na ludzi, którzy przychodzą do niego. Przeważnie odwiedzają go dla draki, by pośmiać się, a przy okazji zaliczyć test z wrażliwości, poczuć się lepiej, pochylić nad jego malowniczą niedolą. Przychodzą sporadycznie, przypadkiem, wpadają jak po ogień i od wielkiego dzwonu, załażą do niego oblizując spierzchnięte wargi. Lądują za jamnikiem, wyłuszczają mu skomplikowane motywy swojego najścia. Dyskretnie patrzą po kątach, by zapytać, jak mu jest , by mu współczuć, ponapawać się ubóstwem wyłażącym ze szpar podłogi, rozkoszować jego bezwładem, zobaczyć , jak sobie nie radzi z nędznym żywotem paralityka.

A w nocy, zmęczony bólem ponad siły, idzie spać i zanim zapadnie w sen, szybuje po wspomnieniach. W raca pamięcią do chwil sprzed okresu leżenia i jest zdumiony nieustanną zmiennością swojego losu! Wtedy, gdy chodził jeszcze i kuśtykał trzymając się mebli, nie wyobrażał sobie, że może być gorzej.

Sądził, że osiągnął dno. I był o tym przekonany. Tak mu się wydawało do momentu, gdy przestał wychodzić na zewnątrz i zamieszkał w łóżku na stałe. Porównuje tamtejsze oceny swojej zdrowotnej sytuacji z obecną i dochodzi do wniosku, że za kolejne parę lat znowu będzie zdziwiony dzisiejszymi narzekaniami. Znów się posunie i zapadnie w ciemność.

Co prawda leży od lat i od lat jest sam. Leży i tęskni za kimkolwiek. Ale tęskni, przeżywa, czuje, myśli, rozmawia.

Kiedyś miał rodzinę, teraz nie ma nikogo. Ale zna takich, co rodziny nie mieli wcale.

Kiedyś był duszą towarzystwa, teraz jest duchem. Ale może wędrować po minionym, wspominać, co było, bo ma jeszcze pamięć.

Wszyscy najbliżsi pouciekali, wyparli się go, spisali na straty. Ale gdzie jest powiedziane, że nie można żywić nadziei?

Więc zwykle jest pogodny. Pogodny, optymistycznie nastawiony do siebie. Optymistycznie, bo mogło być gorzej, mógł od razu postradać wszelkie zmysły. Jest więc pogodzony z dotychczasowymi i przyszłymi konsekwencjami choroby. Z życiem, które trwa. Z ograniczeniami, które postępują.

A gdy już nic go nie boli, zasypia nad ranem. O świcie wpada do niego sąsiadka, kobiecina opiekująca się nim jak synem. Była gościem z początku, a wyręką później, przyszywaną babcią zza ściany, staruszką bez której nie potrafi się obejść. Na niziutkiej emeryturce, łagodna, wyrozumiała, bywała w niejednym nieszczęściu, oblatana w utrapieniach, skłonna do pomocy, to zrobi, tamtego dopatrzy, zgłasza się na jego pukanie, pyta, czy aby gdzie nie pójść, może do apteki, może po co chce.

Lecz on mało co chce. Chce pogadać tylko, tylko się przytulić.
„Starość we wszystko wierzy. Wiek średni we wszystko wątpi. Młodość wszystko wie.”
Oscar Wilde
Marek Jastrząb
 
Posts: 430
Joined: Thu Apr 10, 2008 2:44 pm

Re: OPOWIADANIA

Postby Marek Jastrząb » Wed May 19, 2010 3:31 am

PRZYJAZD DO STARUSZKOWA

Dwa skrzydła ramion twierdzy o nazwie Dom Opieki połączone były przeszklonym korytarzem. Po jego jednej stronie jaśniały w dzień, a granatowiały w noc duże tafle mlecznych szyb.

Już z daleka, z taksówki przykucniętej za krzakiem, miałem niespokojne wrażenie związane z przysadzistym ogromem tej budowli. Solidna, monumentalna, z widokiem na pawilony, otulona w szum wiosennej bieli, kwitnąca jabłoniami, przypominała mi lata drugich śniadań łykanych między szkolną przerwą, a dukaniem przy tablicy, kojarzyła mi się z Mamą zakrzątaną przy rondlach i wciąż nieobecnym ojcem.

Wyłuskany z pamięci obraz, przedestylowany i skroplony w nowej formie uczucia, oświetlony z innego miejsca, po latach bezowocnej wędrówki, u jej kresu, tuż przed wejściem do Domu sprawił, że znalazłem się w znajomej krainie, pośród życzliwych ludzi, którzy mnie oczekiwali (przez ułamek sekundy żywiłem przekonanie, że niektórzy z moich dotychczasowych znajomych, wypełzając ze snu, widzą tylko to, co ujrzą: szarzyznę przebrzmiałego dnia i niebo mokre od łez. Czeka ich wieczna mordęga codzienności, czują zapach przypalonego mleka, a z wnętrza mieszkania dobiega melancholia zaspanych kroków, widzą więc zaledwie to, co się im przylepia do oka i nie mają najmniejszego pojęcia o tym, że pod przykrywką deszczowego nieba, rozespanych kroków i odoru mlecznej spalenizny chowa się wzruszenie związane z wiosennymi porządkami, wypastowaną podłogą i kochaną osobą. Ale uczucie to zagasło w lawinie następnych, ponieważ wydawało mi się, że dokąd bym nie spojrzał i czym się nie zachwycił, otaczały mnie roje bezładnych, nawarstwiających się wspomnień).

I podobnie jak widok Domu ludzi skazanych na współczucie, tak wizerunek schodów prowadzących do niego, niczym obraz dzikiego wina, stawał się dla mnie czymś więcej niż był w swojej prozaicznej wymowie: przekształcał się w wypadkową wszystkich schodów jakie znałem, w stop, konglomerat pamięci, a zwłaszcza - widok schodów z dzieciństwa. Lecz że nie było to skojarzenie przykre, a odwrotnie, wzbudzało pogodne emocje, doznania złączone z nagłym wyzwoleniem, wyplątaniem się z tamujących ruchy szyn, gorsetów i uprzęży, z tlenem zachłannie chwytanym przez człowieka, który się dusi, te, po jakich wstępowałem, wzmacniały we mnie odwagę.

Wszedłem do środka. Stwierdziłem, że już nie wstępuję po schodach, ale wciągam się po nich i nie idę ich środkiem, lecz przy poręczy. Pocieszałem się, że byt nie określa mi świadomości, ale ją modyfikuje. Mogłem powiedzieć, że choroba we mnie narasta, zawłaszcza coraz to nowsze rejony, a świat stoi w miejscu. Jej początkowe zawirowania były płytkie i nieistotne, a ich świadomość, ledwie zaznaczona; razem z postępem ograniczeń wzrastała ich bezużyteczna świadomość. To, co jeszcze parę nocy temu zdawało się istnieć bez konieczności tłumaczenia “dlaczego”, raptem, wspólnie z pojawieniem się nowego skrzywienia ciała, świeżutkiej i jeszcze ciepłej niedogodności, wkraczało razem ze mną.

Nagle rzeczy dotąd nieważne, były dla mnie istotne. Stwierdziłem, że mój ostry wzrok mętnieje, a przedmioty ruszają się, choć dla innych są w tym samym miejscu, a gdy chcę się podnieść, schylić czy obrócić, muszę wykonać całą serię przygotowawczych ruchów, uklęknąć, ale tak, by być w pobliżu czegoś do podniesienia się z podłogi, więc nieraz, by utrzymać równowagę, musiałem się zatrzymać, że kiedy chciałem zmienić kierunek marszruty, nie potrafiłem iść płynnie, a przeszkód nie umiem omijać po cichu.

A gdy już byłem przekonany, że osiągnąłem dno i gorzej ze mną nie będzie, zaczynały się następne fazy, do boju wyruszały nowe, wypoczęte sensacje związane ze sztywnieniem karku; kończyła się uwertura, a zaczynała opera. Zaczynało się nieustanne zwracanie uwagi na drobiazgi. Upatrzony cel drogi musiał być dla mnie od razu osiągalny i od razu skuteczny, sensowny i bez zarzutu, ponieważ nie miałem siły na naprawianie swoich błędów, na dokonywanie ponownych obliczeń i żmudnych kalkulacji. Jeżeli z własnej winy czy nieporadności nie dopatrzyłem czegoś, źle oszacowałem i sknociłem, musiałem oglądać to przez cały czas. W miarę dni żyło mi się z tym widokiem coraz gorzej i męczliwiej, z większym mozołem znosiłem swoje błędy, ogarniało mnie coraz silniejsze poczucie rozpadu swojej niezmienności.

*

Musiałem być wielce uparty, by się tam dostać. Po pierwsze, natknąłem się na barierę: domofon. Po drugie, dostrzegłem krępującą obecność kamer. Jakby niedostrzegalny obserwator, niewykluczone, że naczelny cieć, dokonywał fachowej kontroli śmiałka i sporządzał meldunek. Kto, skąd, do kogo i czy aby na długo. Po uporaniu się z domofonem, zostałem dopuszczony do widzenia się z kierownikiem portierów tego przybytku. Trzymając w rękach notatki na mój temat, zawiózł mnie do poczekalni i kazał czekać na następne instrukcje, sam zaś zniknął za drzwiami prowadzącymi do służbowych buduarów.

Rozglądałem się tak, jak gdybym był w niej po raz setny. Czułem się, jakbym trafił do tramwajowej zajezdni z parkietami na wysoki połysk. Miałem wrażenie, że za chwilę pojawi się kustosz z biletem na patyku i bilet ten uprawni mnie do zwiedzania muzealnej części Domu. Zblazowanym okiem globtrotera szacowałem wystrój reprezentacyjnego wnętrza, dębowe ławy przytwierdzone na amen, zbieraninę śmieci w najlepszym gatunku.

Z głębin, teoretycznie z piętra, dochodził rozmodlony śpiew drżących głosów. Sielankowy obrazek psuła zadbana, czyściutka, filigranowa kobieta wyłaniająca się z przyległego korytarza. Chyba spodziewała się przyjścia kogoś ważnego. Miała długie włosy starannie upięte w kok. Mimo wieku nie dostrzegłem najmniejszego pasemka siwizny. Także jej strój nie budził zastrzeżeń. Posuwistym krokiem ruszała to w przód, to zawracała chyłkiem. Z początku dzielnie docierała do centrum poczekalni, lecz gdy opuszczała bezpieczną strefę cienia, traciła odwagę i szła chwiejnie, po omacku. Przystawała w miejscu, co wyglądało tak, jakby, zdumiona własną śmiałością, nie miała pojęcia, dokąd ma iść.

Po chwili strażnik wydobył się z dyrektorskiej dżungli. Przyniósł nowinę: postanowiono, jak się wyraził – „udostępnić mi widzenie z dyrektorem”. Kazał mi wsiąść na wózek. Odganiając perypatetyczną babinkę, ze strapionym lekceważeniem machnął jej ręką na pożegnanie, zawiózł mnie po drzwi administracyjnego buduaru.

*

Rozmowa z Dyrektorem Domu, krępym ktosiem o dużej głowie, który co chwilę podkreślał, że nie lubi niczego owijać w bawełnę, natomiast uwielbia krótkie i zdecydowane rozwiązania, nasunęła mi podejrzenie, iż człowiek siedzący przede mną, nie jest ani zdecydowany, ani tym bardziej krótki, tylko przekupką i łasuchem ględzenia. Lecz zanim tak pomyślałem, zaskoczyło mnie miłe przyjęcie.

Boss, jak przezywano go na wyższych kondygnacjach, podszedł do mnie i ściskając mi dłoń zapewnił, że miejsce już na mnie czeka i zaraz zawoła kogoś z personelu, kto mnie zapozna z topografią. Powiedział, że będę miał sublokatora, bardzo spokojnego, mocno chorego i wielce małomównego człowieka o imieniu Andrzej. Ale czy istotnie tak na niego wołają, powiedzą mi na górze, bo on sam nie ma głowy do dupereli, ale ma nosa i wie, że jest to facet, którego niemożliwością jest nie polubić, a nawet znaleźć z nim wspólny język.

Na wsiadanego dopisał mnie do jednej z list szczęściarzy: zostałem poinformowany, że znalazłem się w elitarnym gronie oczekiwaczy na izolatkowe życie.

*

Po dokonaniu wstępnych formalności, pozwolono mi na samodzielne wjechanie do windy. Lecz jej obsługa należała do strażnika. Każdy jego gest dowodził, że chce uchodzić za człowieka ważnego i sympatycznego jednocześnie, co było nie do pogodzenia. Uśmiechał się wyniośle. Powiedział, że dopiero po oficjalnym wciągnięciu mnie na listę mieszkańców, wydaniu uzupełniających bambetli i zaznajomieniu z tutejszym regulaminem, uzyskam prawo do samodzielnego poruszania się po całym terenie Domu.

*
Winda się zatrzymała i mój opiekun troskliwie, wprawnym gestem przytrzymał drzwi. Wyjechałem. Korytarz z parteru w niczym nie przypominał korytarza, na którym stałem teraz. Tamten, higieniczny i elegancki, przygotowany do witania i ugaszczania wytwornych delegacji, dopucowany i śliski od marmurowej podłogi, lśniący bezplamkową sterylnością, ozdobiony egzotycznymi palmami wycierającymi sufit, ze skórzanymi fotelami i z obrotowymi drzwiami, wrotami mającymi zamiast fotokomórki - portiera z dobrze płatnym ukłonem, tu, na piętrze, tracił swój cały urok i służbowy wdzięk. Zakryty przeplutą wykładziną w kolorze czerwonki, spryskany odkażającym dezodorantem, był wymieciony z mieszkańców: pensjonariusze znajdowali się na obiedzie, w jadalni, która wieczorkiem zamieniała się w świetlicę.
„Starość we wszystko wierzy. Wiek średni we wszystko wątpi. Młodość wszystko wie.”
Oscar Wilde
Marek Jastrząb
 
Posts: 430
Joined: Thu Apr 10, 2008 2:44 pm

Re: OPOWIADANIA

Postby Marek Jastrząb » Sun Jun 20, 2010 2:15 pm

KRACZYDŁA

Przeptaszenie stało się ciałem; na dzień dzisiejszy jest nas dziesięć, no, może dwadzieścia miliardów z hakiem i całym pogłowiem obijamy się na drzewach. Natomiast na dzień wczorajszy było nas, średnio licząc, ze dwa razy mniej.

Poprzednio nie mogliśmy swobodnie drzeć mordy, bo każdy ptaszek miał swoją prywatną gałąź, konar z podsłuchem przebranym za dzięcioła. Teraz, jak wszyscy, mamy sublokatorów. Im kto szybciej zawodzi, tym prędzej wywrzeszczy sobie większą substancję odpoczynkową, tego co rychlej przenoszą aż pod koronę drzewa, gdzie przewidziano dla namolnych większe metraże, znośne warunki, istne raje.

Z czasem i dla nich wprowadzono szlaban na kłapanie dziobem. Kto został przyłapany na lamentowaniu bez zezwolenia i pytlował na dziko, tracił prawo do stałego zasiedlania gałęzi. Z punktu dostawał skierowanie do bajora na zadupiu i tam, do upadłego, mógł zajmować się roszczeniami. Niewielu więc było chętnych do oficjalnego kręcenia dziobem.

Ten, co pomstował po cichu i na pół gwizdka, bez uprzedzenia zostawał odgórnie doceniony i mógł dopraszać się podciągnięcia pod ulgowy przepis gwarantujący możliwość zasiedlenia całego drzewa. Wtedy wywyższał się na swojej powierzchni, puszył się, szarogęsił i kokosił ze swoją metrażową pomyślnością, aż wszystkich przestrzennie upośledzonych za mocno kłuło to w oczy i nie było wyjścia: musieliśmy przywołać go do porządku i, dla przykładu, walić go w cztery litery, by nabył ogłady.

A cały ten galimatias z zagęszczeniem powstał z powodu wron; wrony od zamierzchłych czasów żyły w opozycji do logiki:
1.
opowiadały się za nieskrępowanym znoszeniem jaj,
2.
zawzięły się na nas złośliwie postanawiając przekształcić się w liczebniejsze stado i zajęły się nauczaniem śpiewu.
„Starość we wszystko wierzy. Wiek średni we wszystko wątpi. Młodość wszystko wie.”
Oscar Wilde
Marek Jastrząb
 
Posts: 430
Joined: Thu Apr 10, 2008 2:44 pm

Re: OPOWIADANIA

Postby Jerzy Ulicki-Rek » Sun Jun 20, 2010 2:39 pm

Wspaniale.
Mam nadzieje ,ze ktoregos pieknego dnia bede Twoim wydawca.
Jerzy
Wolna Polska zaczyna sie tutaj
User avatar
Jerzy Ulicki-Rek
 
Posts: 9320
Joined: Tue Nov 06, 2007 2:10 pm

Re: OPOWIADANIA

Postby Marek Jastrząb » Mon Jul 19, 2010 10:15 am

INHALACJA


Wstęp

Zdarzyło się, że obudzony lękiem wyrazistego snu, chciałem wstać. Ale gdy zrozumiałem, że jest to niemożliwe, popadłem w odrętwienie: było już za późno. Rezygnacja, oto, co mi zostało. Pozostało mi ugodzić się, dojść do porozumienia i oswoić z miejscem, w którym leżałem. Dotarło to do mnie z gwałtownością przeszywającego bólu.

Rozwinięcie

Daremnie próbowałem wyzwolić się spod panowania trwogi. Oplątany siecią kabli, podłączony do monitorów, leżałem na wznak. Byłem zamroczony, obolały: jakbym umarł. Mogłem tylko przypuszczać, co się dzieje. Docierały do mnie głosy, urywane, porozumiewawcze szepty, a wyobraźnia produkowała coraz to nowsze zestawy przywidzeń. Lecz z mojej strony nie było żadnej reakcji. To znaczy na zewnątrz. W środku natomiast odczuwałem strach, że ktoś poweźmie ostateczną decyzję.

W każdej chwili mogli uznać, że nie nadaję się do ratowania, dobiegłem do mety i nie mam po co uciekać przed przeznaczeniem. Błagałem o nieustający znak, irracjonalnie ufałem, że moje obawy staną się barierą do wyłączenia mnie z zasilania. Lecz znak, to mrzonka; moja ufność zależała od dźwiękowej sygnalizacji.

Wadliwy zapis przetworzony w obraz i lekarze myją ręce, piją kawę, rozmawiają, jak zawsze są gotowi nieść pomoc następnym. Ponownie, tak samo fachowo, nie zastanawiając się nad moralnymi dylematami, zgrabnie i beznamiętnie ingerują w mięsne perypetie tych, co chcą wstać z martwych. Ale czy chcą tego bez względu na przyszłą jakość życia?

Zastanawiałem się, czy dożyję do odpowiedzi. Początkowo byłem wściekły, że tak otwarcie grzebią w moim ciele. Jednak, w miarę upływu czasu, coraz łatwiej mi było przystać na ich bezceremonialność. Co nie oznacza, że ją polubiłem. Byłem w stanie, w zamian, ofiarować im niechętną uległość, poddać się nieznanym następstwom.

Nie wiedziałem, co się stało, a moja pamięć nie podpowiadała mi niczego. Pragnąłem zdobyć się na grymas świadczący, że nie jest ze mną tak fatalnie, chciałem rozstrzygnąć o czymś, co pozostawało poza mną, w zaciszu papkowatego odosobnienia. Dlaczego tu jestem, od kiedy, czy naprawdę jestem w stanie nicości? Były to przeczucia gorączkowe, wrażenia bez ładu i składu, domysły; nie niosły w sobie żadnych pokrzepiających informacji.

Zanurzony w koszmarnym grzęzawisku ewentualności, chciałem odzyskać utracony optymizm. Wyobrażałem sobie najgłupsze scenariusze: upadłem i złamałem kręgosłup. Albo: w trakcie nieudanej operacji odkryto liczne przerzuty. Pozostawało kwestią godzin, czy odzyskam całkowitą jasność umysłu i zniosę nowe jarzmo, czy moje brzemię będzie mnie prześladowało już na zawsze. Wyobrażałem sobie, że jestem napiętnowany bezbronnością,a wśród obcych czeka mnie upośledzenie, żmudna inność, daremne starania o cokolwiek.

Zniechęcony podejmowaniem ciągłej walki o swoje niemrawe życie, zaczynałem dostrzegać w nim nie urodę świata, ale jego oczywistą szpetotę. Stałem się podejrzliwy, odpychający, a moja uporczywa złośliwość przybierała coraz to większe rozmiary i była odtąd znakiem firmowym.

Niegdysiejszy zapał do życia, który pozwalał mi brnąć przez codzienność, zmienił się w czarnowidztwo. Nagle wszystko zaczęło podlegać posępnej metamorfozie, przysparzało mi zmartwień, nieznanych obsesji, drzemiących we mnie obrządków, na które wkrótce będę umiał reagować.

Umocniony w przekonaniu, że skoro cierpię, to otaczająca mnie rzeczywistość nie może być do końca doskonała, tylko mroczna, zaczynałem czuć się lepiej, a warunki nowej rzeczywistości traciły poprzednie uzasadnienia: były moją frustracją i utopią równocześnie.

Pytałem się, dlaczego odwiedzający mnie ludzie tak bezczelnie manifestowali swoją żarliwą radość. Doprowadzało mnie to do rozpaczy. Uważałem, że należy być przy mnie skupionym i poważnym, a najlepiej, że wypada być odrętwiałym ze współczucia, bo jedynie taka postawa w pobliżu n i e o b e c n e g o jest dopuszczalna.

Zaczynałem analizować każdy uboczny trop prowadzący mnie do czyjegoś błogostanu. Wchodziłem pod podszewkę intencji ludzi, którzy mnie odwiedzali. Od tej pory lekceważyłem tych, którzy nie zdawali sobie sprawy, w jak precyzyjnie bezwiedny sposób pokonują przeszkody, które są dla mnie nie do obejścia. Z tego powodu byłem małostkowy, czepiałem się uchybień bez znaczenia, z wielką pasją odkrywałem skazy w kryształach.


Uchodziłem za człowieka obdarzonego zawiścią, odludka, stroniącego od wszelkich kontaktów. Rodzina, przyjaciele, znajomi, od tego momentu były to osoby, z którymi nic mnie nie łączyło. To, co działo się ze mną, stanowiło dla nich e g z o t y k ę . Moje załamania były dla nich niepojęte i przez to – szkodliwe: sądzili, że z premedytacją przesadzam, celowo histeryzuję.

Nagle miałem dosyć udowadniania, że jestem żywy. Przestałem tolerować widoki chronicznie beztroskich, non stop pokrzepionych na duchu, tryskających jałową energią, miałem potąd obrazów ludzi, którzy mi zakłócali nastrój, rozpychali się po moich wspomnieniach szwendając się po moich myślach, udających, że ich cierpienia mają klasę, metryczkę i dobre pochodzenie, iż potrafią zdobyć się na ekskluzywne przeżycia bardziej zasługujące na zrozumienie, aniżeli moje, banalne i prostackie.

Byłem rozczarowany miejscem, w którym dotąd tkwiłem, gdzie słowami spreparowanymi z dymu, zastępującymi chustkę do nosa, w którą smarkano i oglądano jej zawartość pod światło, grano ze mną w dyskusyjnego salonowca; tramwaj w oku służył tu za olśniewającą metaforę, a odważna jeremiada o naleśnikach ze śmietaną przynosiła więcej satysfakcji, aniżeli sążnisty referat o bohaterstwie. Wyspiański nie miał takiego wzięcia, jak szczegółowa dysertacja o śledziach w oleju, Lowry bladł przy apoteozie szprotki, a Proust przegrywał na punkty z knedlami.

Zakończenie
a
Już od świtu biorę się za zmagania z bilansem życia. Jednak w pobliżu śniadania przechodzi mi ochota na ekspiację. Co z tego, że robię te zestawienia i jak ćpun do swojej działki, nawykam do krzątaniny po ewentualnościach, dylematach i utraconych szansach? Co z tego, że nie mogę zasnąć bez nich, a z nimi tym bardziej? Przecież mój biologiczny chronometr wciąż tyka! Przecież minuty, godziny zmielone przez dni, stepują po mnie nadal!

b
...oplątany siecią kabli, obudzony lękiem wyrazistego snu, staczam się w egzystencjalne medytacje, które przed wejściem na portal i petem na czczo, są moimi ulubionymi zajęciami z dziedziny inhalacji ducha.
„Starość we wszystko wierzy. Wiek średni we wszystko wątpi. Młodość wszystko wie.”
Oscar Wilde
Marek Jastrząb
 
Posts: 430
Joined: Thu Apr 10, 2008 2:44 pm

Re: OPOWIADANIA

Postby Marek Jastrząb » Tue Aug 17, 2010 2:50 pm

Opowiadanie pyszałka

Wyobrażam sobie, że napisałem opowiadanie i choć można się z tego uśmiać, zostało wydrukowane. Zakładam, iż ktoś je przeczyta. Zachęcony, biorę się za kolejne, tym razem świadomie, wierząc w potrzebę jego napisania. Lecz kolejne też jest do chrzanu. Zacząłem więc pisać trzecie. Też o niczym, ale z mile widzianą pointą. Pointa, razem z opowiadaniem, znalazła się w druku i otrzymałem, na początek, wiązankę słów panierowanych otuchami.

Wyobrażam sobie, że nabrałem ochoty do istnienia w modnym kolorze pop, a profesja wziętego nudziarza zaczęła mi pasować. Przejęty sodową rolą, wziąłem się do tworzenia kobyły. Ale powieść w wydaniu efekciarza ma swoje za uszami: atrakcyjny wątek, miłosną i koniecznie trzymającą za grdykę akcję, obleśną i dziarską, dużo wyczynowego seksu, nieco egzystencjalnych muld, pomarańczowych zachodów słońca na tle westchnień i niedostępnych gór, pogwarki z najstarszymi góralami, bosymi filozofami zmierzającymi do życiowej prawdy po szkle, kontenery frazesów i żwawych przyśpiewek, rozterkowy zawrót głowy, sława, chwilowo modne znajomości, grube i romantyczne listy ze stekiem anemicznych gratulacji, telefaksy od rozdzierających cudze szaty nad nie swoimi upadkami, jakieś monstrualnie skąpe honoraria, a wszystko nafaszerowane troską o człowieka, spreparowane tak, by wyciągnąć z pióra następny przekaz.

Zgodnie z przepisem na rewelację, wziąłem się za tworzenie fabularnego pieścidełka. Powiedziałem sobie, że jeśli taka liryczna fujara jak X, mógł zmajstrować “Przygody Y w Z”, to tym bardziej ja, którym sporo chwil odślęczał przy czytaniu Jaspersa i Fromma, ja, który, nie chwalący, znam Cendrasa na wyrywki, a w małym palcu mam wszystkie nienapisane utwory Nabokova, potrafię uporać się z napisaniem arcydzieła!

Jednak już po publikacji mojego wypracowania, które okazało się takie tam i było nieźle pompatyczną ramotą, jeszcze jedną książką, jakby powiedział Cortazar, uważam za minus powieści fakt, że w ogóle trzeba ją pisać. I dlatego wolę wyobrażać sobie, że upichciłem tekst, którego nikt nie przeczytał.
„Starość we wszystko wierzy. Wiek średni we wszystko wątpi. Młodość wszystko wie.”
Oscar Wilde
Marek Jastrząb
 
Posts: 430
Joined: Thu Apr 10, 2008 2:44 pm

Previous

Return to Poczytaj mi,mamo

Who is online

Users browsing this forum: No registered users and 1 guest